BEGIN TYPING YOUR SEARCH ABOVE AND PRESS RETURN TO SEARCH. PRESS ESC TO CANCEL

Zostawiłam go

hashphoto-natela7maly_giqdvqefjspdtnniwsoi.jpg

… czyli Kraków … czy było warto?

To był taki dzień, kiedy nie chce się nic; na polu szaro, buro i leje; a żeby tego było mało, słońca nie widziałam już od dwóch tygodni. W pobliżu nie ma nikogo, kto by dodawał chęci do życia, no może oprócz Isi – mojej córci. Dla niej zawsze warto pożyć o dzień dłużej. Muszę przyznać, że gdyby nie ona, już dawno brakowałoby mi powodów aby rano wstać. Kolejny dzień, kiedy warto się spotkać ze znajomymi aby się napić, narzekając, że życie jest do dupy, nikt nie ma gorzej od nas i nie ma co liczyć na najmniejszą choćby zmianę.

Siadam więc przy komputerze i włączam swój ulubiony program do ściągania muzyki. Ku memu zaskoczeniu ktoś chce się ze mną komunikować i to nie po to aby się ze mną napić, albo nie tylko po to… Patrzę na zdjęcie i widzę gołego faceta, siedzącego z piwem w wartkim potoku. No cóż myślę – przecież na nic lepszego nie powinnam liczyć. Czytam wiadomość od niego i już po kilku linijkach okazuje się, że to nie analfabeta czy kolejny zboczony Turek, który chce ze mną sex-in-cam. Co za ulga!

Postanawiam odpisać. To będzie coś inteligentnego – myślę – i stukam na klawiaturze: „Cześć, jestem Michał, mam 12 lat, a to profil mamy. Po kilku dniach konwersacji; mniej lub bardziej idiotycznej (szczególnie z mojej strony) zauważam, że czekam na te wiadomości. Jak to możliwe… Ja taka rozważna, niezależna?! Przecież ja nie potrzebuję nikogo do szczęścia, a na domiar złego dopiero wyplątałam się z jednego chorego związku. Tak, rzeczywiście czekam na nie… Zaprzyjaźniamy się, zakochujemy, jeśli tak można nazwać uczucie potrzeby bycia z drugim człowiekiem, który jest kilkaset kilometrów od nas, po drugiej stronie monitora. Piszemy do siebie, dzwonimy, jedyne, czego nam brakuje, to dotyk. W końcu po kilku miesiącach internetowej znajomości postanawiamy się spotkać. Gdzież mogłabym zaproponować pierwsza randkę jeśli nie na Kazimierzu? A więc pada na „Singera”.

Jest późne, czerwcowe popołudnie. Nad Wisłą pachnie skoszoną trawą a na ulicach stygnie bruk; ja, zdenerwowana, jak nastolatka pędzę na spotkanie z Nim. Tuż po dziewiętnastej wpadam do zatłoczonego, mrocznego „Singera”. Rozglądam się. Nie ma go. Nigdzie nie mogę wypatrzeć jego twarzy. Na pewno mnie wystawił, myślę, albo jest starym dziadem, pedofilem, złodziejem, gwałcicielem, emerytowanym esbekiem, który podrywa kobiety przez internet. A ja głupia jak zwykle dałam się nabrać! Jednak nie. Jest. Siedzi w drugiej sali. Nie wygląda zupełnie jak na zdjęciu, choć już nie pamiętam w tej chwili, jak miał wyglądać. Widzę tylko roześmiane oczy z tym błyskiem, który tak uwielbiam. Witamy się i po jego minie widzę, że też cieszy się na mój widok i nie jest rozczarowany. Siedzimy, rozmawiamy godzinami jakbyśmy się spotkali po piętnastu latach rozłąki i musieli sobie opowiedzieć wszystko, co nas w tym czasie ominęło.

Nigdy nie podejrzewałam, że można mieć kogoś takiego. Mogę Mu powiedzieć wszystko, mogę na Niego patrzeć, słuchać Go, wąchać, iść z Nim pod rękę. Czy może być coś lepszego?
Plączemy się Miodowymi i Józefowymi uliczkami a Kazimierz jest dla nas tłem, nie przeszkadza, tylko słucha. Kolejny dzień jest równie uroczy. Płyniemy łódką po Wiśle, a później Wawel i znów Kazimierz. Czy coś jeszcze mogłabym pokazać Warszawiakowi? Nic nie przychodzi mi do głowy.
Zwiedzamy więc – „Stajnia”, „Mleczarnia”, „Alchemia”, „Eszeweria”. Główne punkty wycieczki zaliczone, a przy okazji kilka procentów krąży w naszej krwi.

Dzień się kończy a On musi wyjechać. Stolica i praca czekają, niestety. Żegnamy się więc na śmierdzącym Dworcu Głównym. Pociąg odjeżdża, a my już rozmawiamy przez telefon, bo jak można się tak po prostu rozstać?
Spotykamy się co tydzień, co dwa. Najczęściej w Krakowie, najczęściej na Kazimierzu. Rozkochuję Go w sobie i w Krakowie. Niestety, to ja w rezultacie po kilku miesiącach muszę pożegnać te moje zatęchłe, obrośnięte bluszczem mury. Muszę zostawić zapach piwa w starych piwniczkach, stragany na Żydzie i obwarzanki z solą. Opuszczam lodziarnię na Starowiślnej, zapiekanki u „Endziora” i lumpeksy na Krakowskiej. Zostawiam znajomych i rodzinę, na których zawsze mogłam liczyć.

Czy warto? Nie wiem, ale kocham Go bardziej od Krakowa.

________________

zdjęcia wykonała Nateła Skowrońska

 

Skomentuj