Kiedy dzieje się u Ciebie coś naprawdę złego i ludzie to widzą, współczują samym sobie. Że są tego świadkami. Tak, tak, oczywiście nie wszyscy. Dzwonią do Ciebie płacząc i mówią, jaka była ich reakcja na to, co się stało. Że na przykład "roztrzęsli się". Że nie wiedzieli, co robić. Że byli zszokowani i zaskoczeni. Albo, że odwrotnie - właśnie się tego spodziewali. Chcąc nie chcąc poznajesz ciemną stronę ich życia. Kadr po kadrze układa się przed Tobą jakaś smutna historia począwszy od odległego momentu w przeszłości aż po tę chwilę, kiedy runęło coś u Ciebie. Zupełnie jakby te dwie sytuacje miały ze sobą coś wspólnego. Stoisz i słuchasz, bo wspólczucie zobowiązuje do zajęcia jakiejś postawy, nie możesz tak po prostu powiedzieć, że chcesz skończyć rozmawiać....